poniedziałek, 23 grudnia 2013

Młodość niejedno ma imię. - „Pan Samochodzik i templariusze” Zbigniewa Nienackiego (1966)

    Czasami w życiu dorosłego człowieka pojawia się taki moment, w którym chętnie cofnąłby się do lat młodzieńczych. Nina najczęściej wraca do dzieciństwa w grudniu, w okresie przedświątecznym i świątecznym. Wspomina jak to było kiedyś. Ale jak się do tego zabiera? W tym roku pomogła jej książka „Pan Samochodzik i templariusze”, którą czytała będąc jeszcze dzieckiem.

    W tym tomie historyk sztuki Tomasz vel Pan Samochodzik musi zmierzyć się z tajemnicami średniowiecznego zakonu templariuszy. Po świecie krążą legendy o skarbach templariuszy ukrytych w Polsce. Nasz główny bohater nie byłby sobą gdyby nie pragnął tych skarbów odnaleźć. Nie będzie jednak wcale tak łatwo, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał mu pokrzyżować plany. Nie jedną przeżyje on przygodę i nad niejednym twardym orzechem będzie Pan Samochodzik dumać. Na szczęście nie będzie musiał nad wszystkim pracować sam, ponieważ z pomocą przybędą mu harcerze w liczbie trzech.

     Dla Niny główny bohater jest postacią bardzo ciekawą. Może z początku wydawać się ofiarą losu, wołowiną czy cieniasem, ale on po prostu jest spokojnym człowiekiem i nie robi niczego na „hura”. Nie przejmuje się, że ludzie wyśmiewają się z jego samochodu, bo on zna jego prawdziwą wartość. Nie przejmuje się również, kiedy ludzie jego wyśmiewają, bo zna swoją wartość – wtedy się tylko obraża. Tomasz lubi mieć na oku jakąś ładną dziewczynę, a najlepiej dwie. One prawie zawsze nie przepadają za nim, droczą się z nim, ale go szanują. Pierwsza jest zazdrosna o drugą, druga jest zazdrosna o pierwszą, bo pomimo tego, że mają go za wariata, to łakną jego uwagi. Nina właściwie dopiero teraz zwróciła na to uwagę. Kiedy była dzieciakiem jakoś tego nie dostrzegła.

    Z powieści możemy wynieść też trochę wiedzy historycznej, jeśli jest prawdziwa oczywiście, a tego Nina jeszcze nie sprawdziła. Nie wiem czy to przez jej chroniczne lenistwo, czy przez prace przygotowawcze do Świąt. Miejmy nadzieję, że autor napisał prawdę (ciekawe tylko, którą z trzech możliwych, jeśli wiecie, o co mi chodzi :])

    Mało jest pewnie osób, które nie znają Pana Samochodzika, bo to w końcu najlepszy polski (powieściowy) poszukiwacz skarbów. Jednak, jeśli jest ktoś, kto go nie zna niech się nie przejmuje, zawsze można to nadrobić. Tomasz N.N. czeka na Was w 15 tomach napisanych przez Zbigniewa Nienackiego. Chociaż serię o Panu Samochodziku uważa się za serię dla młodzieży, to Nina i tak czuje, że będzie mogła czytać te historie nawet, jako mocno dojrzała kobieta. Jeśli to czyni z niej dziecinną osóbkę, to niech tak będzie. Jej chyba nawet z tym dobrze.

    Na koniec jedno małe zdanko. Czytanie tej książki przypomniało Ninie czasy, kiedy grała z braćmi w gry z serii „Broken Sword”, tam też sporo dzieje się wokół templariuszy. 

okładka: Wydawnictwo Warmia
źródło okładki: wydawnictwo-warmia.pl

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Agenci? Obecni! - „Lista Göringa” J.C. Pollock

    „Lista Göringa” to nasza kolejna propozycja z działu sensacja. Po przeczytaniu książki Nina chciała dowiedzieć się, czego o autorze, ale okazało się to bardzo trudne, a właściwie to nawet niemożliwe. Nie znalazła żadnej biografii po polsku czy angielsku. Dziwne. Autor widmo? Ale nie napisał tylko tej jednej powieści, żeby był taki nieznany. No trudno, nie poznamy gościa.

    O czym jest książka? O Niemcu nazwiskiem Strasser, który po śmierci swojego ojca zostaje właścicielem bardzo cennych i ważnych dokumentów nazwanych właśnie Listą Göringa. Jürgen Strasser był kiedyś pracownikiem Stasi, ale obecnie zajmuje się bardziej hardcorową działalnością – jest terrorystą z organizacji RAF (Frakcja Czerwonej Armii) i zamierza wykorzystać informacje z Listy, żeby się wzbogacić. Nie myślcie jednak, że tak łatwo uda mu się to osiągnąć. Zaczynają go ścigać najbardziej znane agencje wywiadowcze na świecie. CIA, Mossad, SWR i jeszcze na dodatek nowojorska policja. Jürgen strzeż się! Albo nie, bo wcale nie jesteś pozytywnym „dobrym” bohaterem tylko jesteś czarnym charakterem. Tymi dobrymi są Rachela Sidrane i Mike Semko.

    Dla Niny w całej powieści pojawiło się za dużo postaci. Zmniejszyłaby ich liczbę tak do połowy i wtedy byłoby dobrze. Dziewczyna często robi sobie notatki w trakcie czytania, ale tym razem nie miała do tego weny i pewnie, dlatego miała problemy – zwłaszcza na początku książki – żeby wszystkich ludzi ogarnąć swoim rozumkiem.

    „Lista Göringa” bardzo wolno się rozkręca i nie jest zbyt wciągająca do 1/3, 1/4 długości. Późnej z kartki na kartkę powieść nabiera rumieńców i człowiek od razu chce się dowiedzieć jak wszystko się kończy, kto przerwa, kto polegnie, co się stanie z Listą Göriga. Dowodem na to wciąganie niech będzie fakt, że Nina przeczytała ponad połowę książki w jeden dzień. Wcale jakoś super szybko nie czyta, więc zajęło jej to trochę czasu. Oprócz tego, że powieść jest od pewnego momentu wciągająca to jest jeszcze nieźle pokręcona. Jak myślisz, że już wszystko wiesz, to okazuje się, że nie wiesz nic, bo wychodzą na jaw nowe informacje i pojawiają się nowi uczestnicy całego show. Robi się niezły galimatias.

    Można o tej książce powiedzieć jeszcze jedno. Jest ciut naciągana, ale tak jest bardzo często w tego typu powieściach. Jeden facet ucieka przed licznymi przeciwnikami i ciągle jest lepszy od wszystkich. Błędy nie są jego działką, nie zawraca sobie nimi głowy. Ma lepsze rzeczy do roboty – może skonstruuje jakąś bombę albo inną zabaweczkę. Ninę zawsze lekko irytowały sytuacje typu: „łobuz” ucieka i nikt nie może go dopaść, najlepsi agenci wychodzą na debili i nieudaczników. To jest takie chyba mało realistyczne.

    Mimo tego pokręcenia, naciągania i mimo niebotycznej ilości bohaterów Nina jest zadowolona z lektury. Nie postawi „Listy Göringa” na półce z najlepszymi książkami, ale na samym dnie kartonu z tomami, które okazały się dla niej pomyłkami też się nie znajdzie.

okładka: Wydawnictwo Adamski i Bieliński
źródło okładki: lubimyczytac.pl

piątek, 13 grudnia 2013

Być jak Eugenia. - „Służące” reżyseria Tate Taylor (2011)

    Film dla Niny nie był nowością. Widziała go już jakiś czas temu. Nie powiem dokładnie, kiedy bo nie pamiętam. Udało jej się jednak przeżyć go na nowo i było to niesamowite uczucie.

„Służące” to film, w którym głównie ocenia się przekaz, aktorstwo i czy wzbudza jakieś emocje czy uczucia. Jeśli te czynniki są spełnione, to na drugi plan odchodzą zmiany, które zostały dokonane względem książki (jeśli oczywiście nie modyfikują za bardzo treści). W tym filmie doszło do kilku takich scen, które są inaczej przedstawione niż w powieści, ale prowadzą do jednego punktu. I tak oto, jako pierwszy przykład mamy wątek Constantine (Cicely Tyson) i jej córki. Wątek poboczny, mniej ważny dla widza, ale bardzo ważny dla Eugenii (Emma Stone), więc nie mogło go zabraknąć w filmie, ale został przedstawiony w sposób odmienny w stosunku do książki. Nie będziemy opisywać, czym wszystko się różniło, chcemy tylko zaznaczyć, że się różniło. Nie chcemy, za bardzo, odkrywać kart, które powinny być odkrywane przez czytelnika lub widza. Kolejnym przykładem niech będą okoliczności, w jakich Minny (Octavia Spencer) kończyła współpracę z panienką Hilly (Bryce Dallas Howard). Autorka widziała to inaczej. Oprócz dokonanych zmian w „Służących” spotykamy się również z pominięciami niektórych fragmentów. Film jest jednak tak dobry, że ani pierwsze, ani drugie nie sprawia (osobie czytającej powieść) przykrości podczas oglądania.

    Skoncentrujmy się może teraz na aktorach, albo właściwie na aktorkach, bo o nich będzie mowa. Przede wszystkim każda rola, znacząca, została odegrana perfekcyjnie, ale po kolei. Na pierwszy ogień weźmy może Eugenię „Skeeter” Phelan. Może nie jest to rola oscarowa, ale Emma Stone świetnie sobie w niej poradziła. Jest w niej coś takiego, co ciężko opisać, coś, co przyciąga i sprawia, że można się poczuć tak jakby się było w jej skórze. No w każdym bądź razie Nina tak się czuła. Następna w kolejności jest Aibileen i Viola Davis w tej roli. Stworzyła ona idealną kreację swojej bohaterki. Jest spokojna, ale jeśli potrzeba to i stanowcza. Octavia Spencer, jako Minny jest wprost oszałamiająca i wcale nie jest zadziwiające, że otrzymała Oscara. Nina nie wyobraża sobie, żeby ktoś inny mógł to zagrać. Są takie sceny, które wracają i przypominają o genialności Octavii w tej roli. I jej miny! Kiedy patrzy jak panienka Hilly je ciasto, jak nadzoruje panierowanie kurczaka przez panienkę Celię, jak stawia warunki „Skeeter”. No cóż, dla Niny i dla mnie to majstersztyk. Ostatnia na tej liście niech będzie Jessica Chastain w roli Celii Foote. Celia to krótko mówiąc słodka idiotka i jeszcze na dodatek stereotypowa blondynka (my mamy dobre zdanie o blondynkach i nie myślimy jak twórcy kawałów). Czy można się czegoś dobrego spodziewać po takiej bohaterce? Okazuje się, że można i to całkiem sporo, ale o tym musicie przekonać się sami. Napiszę tylko tyle, że razem z Niną darzymy ją taką samą miłością jak pierwsze trzy panie.  


    Na takim filmie jak „Służące” człowiek się wzrusza i nawet nie będzie się tego wstydził. Przy scenie „lania”, jakie dostała Mae Mobley, albo jak Celia sadziła kwiaty w ogrodzie oczy po prostu same wypełniają się łzami i możliwe, że uświadomisz to sobie dopiero jak już pociekną po policzku, bo to jest tak wciągający film, że takie przyziemne rzeczy jak płacz odchodzą w siną dal. Jest to dzieło, które naprawdę trzeba obejrzeć.

O książce przeczytasz tutaj.

źródło plakatu: filmweb.pl

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Zaopiekuj się mną. – „Służące” Kathryn Stockett (2009)

    Wyobraźcie sobie taką sytuację: żyjecie w latach sześćdziesiątych XX w., zatrudniacie pomoc domową, która zajmuje się praktycznie wszystkim. Robi pranie, prasuje, gotuje, sprząta, a nawet zajmuje się waszymi dziećmi. Po prostu robi wszystko to, co jej każecie. No bajeczne życie! W tej książce autorka ukazuje to wspaniałe życie z kilku perspektyw. Pozwala nam spojrzeć na wszystko oczami służących, pracodawców i ich dzieci.

    Aibileen Clark i Minny Jackson to czarnoskóre służące w domach, u białych. Są one jednymi z głównych bohaterek powieści. Pierwsza pracuje u Elizabeth Leefolt, druga na początku u Hilly Holbrook, a później u Celii Foote. Kolejną główną postacią jest Eugenia „Skeeter” Phelan, biała, niezamężna, absolwentka uniwersytetu, świeżo upieczona redaktorka rubryki z poradami, dotyczącymi sprzątania (oczywiście nie ma o tym zielonego pojęcia).
   
    Książka posiada trzech narratorów. Aibileen, Skeeter i Minny. Nina chyli czoła przed autorem, albowiem z pewnością niełatwo jest napisać powieść w ten sposób. Segmenty pań przeplatają się ze sobą kilka razy. Nie jest tak, że najpierw mamy wszystko z warsztatu jednej, potem drugiej i trzeciej. We fragmentach Aibileen jest dużo ciepła, życzliwości, wiary, ale i strachu i niepewności. Troszczy się o swoją malutką podopieczną Mae Mobley, o wiernych z jej kościoła i o swoją przyjaciółkę Minny. Opowieści Eugenii mają charakter lekko buntowniczy. Ona sama jest raczej indywidualistką, nie pozwala się szufladkować. Nina powiedziała mi wczoraj: „Napisz, że Skeeter przypomina mi ciebie. Tylko ty trochę lepiej się ubierasz”. Dzięki Nina. Ostatnia narracja należy do przeuroczej Minny. Warto tę książkę przeczytać chociażby dla tych kilku jej rozdziałów. Minny czasem powie coś, czego mówić nie powinna i choć dobrze o tym wie, to nie może się powstrzymać. Bywa pyskata, ale świetnie gotuje. Przypomina mi Ninę. Może to przez tę ironię?

    Głównym problemem poruszanym w „Służących” jest dyskryminacja rasowa. Tematyka bardziej poważna i trudna. Poznajemy ludzi walczących o możliwe jak największe odseparowanie się od „czarnych”, ale niemających żadnych kłopotów z powierzaniem im swoich pociech. Spotykamy również ludzi (białych), którzy nie popierają segregacji i chcieliby z nią w jakiś sposób walczyć. Kathryn Stockett opisała problemy toaletowe (osobna toaleta dla „kolorowych”, bo przecież roznoszą choroby), problemy sklepowe (osobne sklepy dla białych i czarnych, czarne kobiety mogły robić zakupy w sklepie dla białych tylko, jeśli miały na sobie mundurek służącej), problemy świętej racji (co powiedział człowiek biały o czarnym z pewnością jest prawdą i słusznością) i wiele innych.

    Na szczęście powieść nie jest tylko smutna i poważna. Jest wiele fragmentów zabawnych, a nawet romantycznych. Jest to pozycja godna polecenia i poświęcenia swojego cennego czasu. Jeśli jednak nie zdecydujecie się po nią sięgnąć, chcemy razem z Niną zaprezentować Wam jedno z ważniejszych przesłań „Służących” (według nas oczywiście): „Jesteś dobra. Jesteś mądra. Jesteś ważna”. Panowie, dla Was specjalnie tworzymy męską formę (w książce występuje tylko żeńska): „Jesteś dobry. Jesteś mądry. Jesteś ważny”. I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejsze kontemplacje. 

okładka: Wydawnictwo Media Rodzina
źródło okładki: mediarodzina.com.pl

poniedziałek, 25 listopada 2013

Inny świat w „naszym” świecie. - „Dziwny przypadek psa nocną porą” Marka Haddona (2003)

    „Dziwny przypadek psa nocną porą” miał być powieścią detektywistyczną, ale okazało się, że wcale tak nie jest. Nina, zanim jeszcze zaczęła czytać, wyczuła pismo nosem, ale zaufała innym użytkownikom Internetu i znów się na tym przejechała.

    No dobrze, zaczyna się rzeczywiście jak kryminał. Mamy zamordowanego, mamy śledczego i zalążek dochodzenia, ale nie o to w tej książce chodzi. Odnalezienie mordercy jest tylko dodatkiem, przez który poznajemy głównego bohatera. Pamiętajmy, więc że nie ważne jak się zaczyna, nie ważne też jak się kończy, ale ważne jak się sprawa ma cała. Dla Niny „Dziwny przypadek psa…” jest bardziej czymś w rodzaju psychologicznego obyczaju, zwłaszcza, że zabójca sam z siebie przyznaje się do popełnionego czynu w połowie książki.

    Jest to dosyć specyficzna powieść, w której narratorem i głównym bohaterem jest młody Christopher chory na autyzm. To on właśnie postanawia wcielić się w rolę detektywa, ale istnieje wiele czynników, które uniemożliwiają mu wykonywanie tej pracy w 100%, takich jak na przykład: lęk przed nieznanym czy ojciec zakazujący prowadzenia podobnych praktyk. W trakcie swojego śledztwa udaje mu się odkryć to, czego nawet nie szukał i czego, dla jego dobra, nie powinien był odnaleźć, a mianowicie rozwiązania tajemnic rodzinnych, które będą powodem niemałych problemów. Z opowieści chłopaka dowiadujemy się, co lubi (kolor czerwony, matematykę, psy) i czego nie lubi (kolor żółty i brązowy, przytulanie, dotykanie, brak organizacji). Christopher mieszka sam ze swoim tatą, ponieważ mama nie żyje. On chodzi do szkoły specjalnej, a ojciec prowadzi małą firmę.

    Niektóre rozdziały teoretycznie można pominąć, jak rozdział o liczbach pierwszych, bo nie wnoszą niczego do samej fabuły. Jednak, jeśli tak zrobimy to nie poznamy Christophera w pełni, a to byłoby niekorzystne. Żeby zrozumieć jego samego musimy spojrzeć na niego jego oczami. Ludzie chorzy na autyzm postrzegają świat inaczej niż reszta, żyją jakby w innej rzeczywistości. Powstało już kilka fantastycznych filmów, których bohaterami byli autyści („Rain Man”, „Jestem Sam”), ale o powieść o tej tematyce chyba trudno, ale na szczęście jest „Dziwny przypadek psa nocną porą”, który jest dobrym sposobem na poznanie świata autystycznego dziecka.

    Ninie nie podobało się w książce, to, że autor zdradził, kto jest mordercą w „Psie Baskerwilów”. Ona jeszcze tego nie czytała! Zakończenie też nie jest jej wymarzonym, bo pokazuje, że jeden popełniony błąd może skomplikować całe, wydawałoby się, poukładane życie. Ktoś chciał dobrze dla Christophera, postąpił źle, ale nie wiedział jak inaczej mógłby się zachować w sytuacji, która go zastała. Pomimo, że cały czas temu komuś zależało na Christopherze, to jednak ten jeden błąd sprawił, że ktoś trzeci, ktoś, kto się „wypiął” na chłopca, wydaje się być lepszym. Iście dołujące, nieprawdaż?

okładka: Wydawnictwo Świat Książki
źródło okładki: lubimyczytać.pl

piątek, 22 listopada 2013

Sorry seems to be the hardest word. Najtrudniej mówić przepraszam. - „Love story” reżyseria Arthur Hiller (1970)

    Wczoraj wieczorem Nina ponownie spotkała się z Oliwerem I Jenny. Tym razem jednak nie musiała wyobrażać sobie jak wyglądają, ale miała ich jak na widelcu na ekranie telewizora. W rolę Jennifer Cavilleri wcieliła się Ali MacGraw, a Oliwera Barretta zagrał Ryan O'Neal.

    W zasadzie nie ma się czego czepiać, bo film jest prawie identyczny z książką. Nie ma większych zmian, różnic, niczego ważnego nie wycięli. Właściwie nie ma się, co dziwić, bo książka jest taka krótka, że usunięcie kilku scen wiązałoby się ze skróceniem czasu trwania filmu do mniej więcej pół godziny.

    Warto zaznaczyć, że adaptacja bardziej zasługuje na przymiotnik „love” (miłosny) niż powieść. W sumie nie było to trudne do uzyskania, bo jak już pisaliśmy książka nie zasługuje na niego wcale. Inaczej się o miłości pisze, a inaczej się ją przedstawia w filmie. Z przedstawianiem romansu w filmach jest o tyle łatwiej, że atmosferę można podbić wieloma czynnikami. Odpowiednia muzyka, romantyczna sceneria i utalentowani aktorzy potrafią zdziałać cuda. W książce mamy tylko słowa i potrzeba niemałych umiejętności autora, żeby stworzyć z nich zapierające dech w piersiach, rozczulające, romantyczne sceny.

    W filmie brakowało Ninie dwóch rzeczy. W książce był taki fragment, kiedy Oliwer uronił kilka łez w ramionach swojego ojca, a tutaj tego momentu nie ma. A szkoda! bo to był taki fajny pozytywny akcent w ich relacjach. Tworzyło to pewną nadzieję na przyszłość. Druga sprawa, to to, że brakuje jakiegoś spoiwa w scenach. Czasem Nina miała wrażenie jakby niektóre sceny były pocięte i od tak sobie wrzucone. Może nie powinna się dziwić, bo w powieści też tak było, ale miała nadzieję, że zobaczy to poprawione, zmienione, ulepszone.

    Podsumujemy dość nietypowo, bo już teraz, a nie na samym końcu. Ostatni akapit będzie należał do rozmyślań nad jednym zdaniem. Konkludując, film jest ok. Nadaje się do obejrzenia, ale szału nie ma. Nie było wzruszenia, ale był romans w dobrym wydaniu. Dialogi zaczerpnięte w całości z książki. Chyba, że było na odwrót skoro najpierw powstał scenariusz :) Panie pewnikiem chętnie obejrzą „Love story”, bo to całkiem sympatyczny film jest.

    W książce i w filmie pojawiła się taka wypowiedź: „jeśli kochasz, to nie musisz mówić przepraszam”. Dla Niny jest to dosyć kontrowersyjne. Przecież jak kogoś kochamy i wyrządzimy mu krzywdę, to tym bardziej chcemy go przepraszać za to, co zrobiliśmy, no chyba że nie jest nam przykro, to wtedy nie ma co mówić. Czy może mówimy tak tylko, dlatego że chcemy się poczuć trochę lepiej, chcemy poprawić swoje samopoczucie po tym jak wyrządziliśmy komuś krzywdę? Czy to jest tylko taki samolubny gest? Ale weźmy na przykład mężczyznę, który bije swoją żonę, ale bardzo ją kocha (na swój sposób, ale jednak kocha), to czy to znaczy, że nie musi jej przepraszać? Albo, jeśli siostra ugryzie swojego brata, bo ten nie chciał się z nią bawić, ale przecież go kocha, to czy to znaczy, że nie powinna przeprosić? Nina zauważyła, że wielu ludzi jest zachwyconych tym niemalże poetyckim stwierdzeniem, lecz nie jest pewna czy zastanowili się nad nim, choć trochę. Możliwe, że tak (nikogo nie osądzamy) i stwierdzili, że jest to słuszne postępowanie. W takim wypadku Nina prosi o przedstawienie wniosków, „za”, bo ona jakoś nie potrafi ich dostrzec. Poza tym sama lubi i chciałaby być przepraszana, kiedy ktoś źle ją potraktuje. 

O książce przeczytacie tutaj.

źródło plakatu: filmweb.pl

poniedziałek, 18 listopada 2013

Nadzieja umiera ostatnia. – „Love story” Erich Segal (1970)

    1. Jennifer Cavilleri - studentka college’u Radcliffe, miłośniczka muzyki klasycznej i córka piekarza włoskiego pochodzenia. 2. Oliwer Barrett IV - student college’u Harvarda, odnoszący sukcesy hokeista i syn wpływowego ojca. Właściwie wszystko tych dwoje dzieli, ale jakimś cudem udaje im się w sobie zakochać.  

    „Love story” jest to bardzo krótka książka. Można ją przeczytać w jedno popołudnie, co ułatwia również lekki styl. Czyta się, więc szybko, łatwo i przyjemnie. Narracja pierwszoosobowa bardzo dobrze się spisuje w tego typu utworach. O wszystkich wydarzeniach opowiada nam Oliwer, co według Niny jest dosyć odważne, bo romanse, historie miłosne zwykle kojarzą się z opowieściami kobiet. No i to by było chyba wszystko z zakresu „dobre”.

    Dla Niny niewyobrażalna jest sytuacja, w której lekarz mówi o chorobie współmałżonkowi, a nie mówi o niej osobie chorej. Chory ma żyć w nieświadomości? I może jeszcze to dla jego dobra? Ten pomysł bardzo jej się nie spodobał. Nie zdradzamy w tym momencie tajemnic i sekretów zawartych w powieści Ericha Segala, ponieważ czytając pierwszy akapit książki będziecie wiedzieć, że coś wydarzyć się musi. Właściwie to nawet wydaje nam się mało prawdopodobne, żeby ktoś nie znał przebiegu tej historii, ale na wszelki wypadek szczegółów nie opisujemy.

    Książka uczy nas też czegoś wartościowego, a mianowicie, że nie warto prowadzić wojen z rodzicami. Lepiej się pogodzić, bo i tak najprawdopodobniej w końcu któraś strona pęknie i już dłużej nie będzie mogła wytrzymać w takim położeniu, albo najzwyczajniej w świecie ktoś będzie potrzebował pomocy, opieki, wsparcia (finansowego).

    Opowieść miłosna - to za dużo powiedziane. Miłości w tej książce jest tyle, co kot napłakał. Jeśli ktoś poszukuje uniesień czy wzruszeń w powieściach, to niech lepiej sięgnie po jakiś inny tytuł. Podejrzewam, że w Harlequinach jest tego więcej niż w „Love story”, bo tutaj „z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, a ze wzruszeń - wzruszenie ramion”. (Jacek Podsiadło) Nina uważa, że książka powinna nosić tytuł „Story”, ponieważ obecny tytuł oszukuje i daje nadzieję. Nadzieję, której Nina miała pod dostatkiem, ale ta nadzieja umarła wraz z ostatnim zdaniem powieści, a Nina nie dostała nic w zamian.


    „Love story” to bardziej szkic, mocno rozbudowany plan powieści. Może jest tak, dlatego że najpierw powstał scenariusz filmowy. Nikt jednak nie chciał tego nakręcić, więc agent poradził autorowi napisanie książki. Może ciężko mu było wyjść poza ramy tego, co już opisał w scenariuszu. Dziwi nas, jakim cudem książka stała się tak znana i kochana na całym świecie. 

okładka: Wydawnictwo ISKRY
źródło okładki: lubimyczytac.pl 

piątek, 15 listopada 2013

Kapitol w kolorach tęczy. - „Igrzyska śmierci” w reżyserii Gary’ego Rossa (2012)

    Dziś mamy przed sobą poważne zadanie. Nie jest łatwo pisać o ekranizacji bestsellerowej powieści, uwielbianej przez masy. Naciski ze wszech stron, presja narzucona na Ninę przez nią samą. Haha! Żartuję. Piszemy tylko prawdę i opisujemy odczucia Niny. Bez względu na panujące trendy.

    Filmu raczej nie można zaliczyć do grona arcydzieł, ale nie jest też beznadziejny, na szczęście. Tak jak książka jest bardziej tworzony z myślą o młodzieży. Nie wyobrażam sobie, żeby rodzice Niny z chęcią go oglądali. Jednak ona sama chyba prędzej obejrzy ekranizacje kolejnych części zamiast je czytać, ale nie jest to jeszcze przesądzone, ponieważ lubi wiedzieć, co zostało zmyślone, a co przedstawione zgodnie z powieścią.

    Adaptacja jest dobrym odwzorowaniem książki, ale jest kilka zmian, które jednak wcale nie psują fabuły, a nawet ją polepszają. Po pierwsze, bardzo dobrze, że twórcy zdecydowali się pokazać, co dzieje się poza areną igrzysk. W ten sposób możemy zaglądnąć do Dystryktów i Kapitolu, możemy być świadkami buntów i układów. W książce narracja pierwszoosobowa nie pozwalała na takie wędrówki. Po drugie, brakuje kilku wymuszanych pocałunków i przytulanek. Gdyby ich ilość w filmie miała się zgadzać z ilością książkową zakochana para musiałaby chyba, co dwie minuty poddawać się miłosnym obrzędom. No nie o to chyba chodzi, więc dzięki Bogu, że nam tego oszczędzili.

    Istnieją również zmiany, które Ninie nie spodobały się za bardzo. Zabrakło jej Haymitcha (Woody Harrelson), który spada ze sceny podczas dożynek w Dystrykcie 12. To mogłaby być scena filmu, bo jeśli zostałaby zrobiona z należytą pieczołowitością byłaby komiczna. Upadki innych są przecież takie zabawne, oczywiście, jeśli nie dzieje się nikomu żadna krzywda. Filmowcy okazali się niezwykle łaskawi dla zwycięscy Igrzysk i ochronili go od masakrycznego zmęczenia. W książce Suzanne Collins opisuje, że był skrajnie wycieńczony i padał na twarz. Może podczas kręcenia filmu obawiali się o kontuzje podczas upadania? Zwycięzca również za mało traci w porównaniu do książki. Chociaż jak zastanowić się nad tym dłużej, to ta jego strata czyni z niego jeszcze większego ciula. Może jednak dobrze, że tak go w filmie oszczędzili. Nikt by go nie lubił pewnie.

    Początek filmu, kojarzy się Ninie z obozem koncentracyjnym. Właściwie z przywozem nowych więźniów do obozu. (Nie chodzi tu oczywiście o scenę w lesie, ale o ten fragment po). Wszyscy idą poważni, przestraszeni, niepewni tego, co się stanie. Jest szaro, ponuro, smutno. Na twarzach nie ma uśmiechów, ni krztyny radości czy zadowolenia. Dosyć przytłaczający jest ten moment filmu. Z kolei gest szacunku w Dystrykcie 12, czyli ucałowanie trzech palców dłoni, wskazującego, środkowego, serdecznego i wyciągnięcie ręki do góry, przywodzi na myśl apel z czasów hitlerowskich i tłumne oddanie czci najbardziej znanemu Niemcowi w historii. Różnica jest taka, że w Dystrykcie 12 unoszą lewą rękę, a Heil Hitler (lub „dotąd olejną”, jak kto woli) pokazuje się prawą.  

    Przyszedł czas na podsumowanie (jak ten czas szybko leci). Film z gatunku akcja dla młodzieży. Oczywiście dla wszystkich fanów cyklu o Katniss Everdeen i dla tych ciekawych, którzy mają ponad dwie godziny czasu wolnego i nie wiedzą, co z nim zrobić. Na koniec jeszcze tylko takie małe spostrzeżenie. Zauważyliście, że często jak ktoś opisuje przyszłość to ubiera ludzi w dziwne stroje, a na głowy nakłada cudaczne fryzury we wszystkich kolorach? Mieszkańcy Kapitolu są właśnie takimi ludźmi z przyszłości.

O książce przeczytasz tutaj.

źródło plakatu: filmweb.pl

poniedziałek, 11 listopada 2013

Ludzie nie zombie i chcą żyć. - „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins (2008)

    Panem. Totalitarne państwo na terenach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Podzielone na 13 Dystryktów i stolicę zwaną Kapitolem. 13 Dystrykt został zniszczony po przegranym powstaniu mieszkańców przeciw Kapitolowi. Władze Panem na pamiątkę zwycięstwa stolicy, a za karę dla obywateli 12 okręgów organizują co roku Głodowe Igrzyska. Z każdego Dystryktu losuje się dwóch uczestników – dziewczynę i chłopaka – w wieku od 12 do 18 lat. Trybut, bo tak nazywa się zawodnik, musi udać się do Kapitolu i tam wziąć udział w starciu na śmierć i życie z pozostałymi uczestnikami, a wygrać może tylko jeden.

    Książka jest wciągająca, ale dopiero jakoś od połowy, od momentu rozpoczęcia Igrzysk. Pomimo tego jest to pozycja bardzo przewidywalna. Przewidywana do szpiku kości. Od pierwszych stron wiadomo jak książka się skończy. Może nie wiadomo w 100%, ale tak mniej więcej, z naciskiem na więcej. Nie wiem czy przymiotniki: wciągająca i przewidywalna się wzajemnie nie wykluczają, ale skoro Nina takie miała odczucia, to nie pozostaje mi nic innego jak o tym napisać. Ciężkie jest życie sekretarza.

    „Igrzyska śmierci” napisane są stylem młodzieżowym i nie każdemu, kto wyszedł z okresu dojrzewania będzie to odpowiadać. Współczesne książki przygodowe różnią się od tych starych, klasycznych, które można czytać od dzieciaka do wieku sędziwego. W powieści znajdzie się też coś dla romantyczek, a mianowicie wątek miłosny, ale nie jest on powalający. Brakuje w nim pewnej nutki i przez to chyba trochę fałszuje.

    Ninę w książce denerwowała główna bohaterka. Chyba kiepsko, co? Katniss jest sprawna, silna, odważna, świetnie strzela z łuku, poluje po mistrzowsku, czyli krótko ujmując mega wymiataczka. Przy jej przyjacielu Gale’u nie jest to tak uderzające, ale gdy postawimy przy niej innego bohatera, niejakiego Peetę Mellarka to Katniss jest niemal superbohaterką. On potrafi się kamuflować i nosić ciężary. Ona jest niemalże żeńskim odpowiednikiem Beara Gryllsa. On jest uczuciowy. Ona jest wyrafinowana. Przypominała trochę Ninie bohaterkę z „Jutra” Ellie (też jej nie lubiła).

    Czego można się nauczyć z książki? Przede wszystkim, że ludzie, jeśli da im się tylko możliwość mogą być tak okrutni i parszywi, że dla dobrego widowiska są w stanie poświęcić życie 23 osób. Przed rozpoczęciem czytania Nina jakoś chyba nie do końca uzmysławiała sobie jak straszna jest taka sytuacja, ale w końcu to do niej dotarło. Żeby wygrać Igrzyska trybuci musieli się nawzajem powybijać i trudno ich tu oceniać, bo nie wiadomo jak my zachowalibyśmy się w takim położeniu. Każdy przecież chce żyć. Nie jesteśmy zombiakami, którym jest wszystko jedno.

    „Igrzyska śmierci” są hitem wśród nastolatków i niech tak będzie, jeśli im to pasuje, ale dla dorosłego, dojrzałego czytelnika może czegoś w niej brakować, żeby ogłaszać ją super powieścią. Czy Nina przeczyta pozostałe dwie części tej historii, która według niej jest skończona tego nie wiadomo. Ma ona jednak nadzieję, że autorka nie będzie nigdy rządzić żadnym krajem, bo kto wie, co wymyśliłaby dla swoich „poddanych” na obchody jakiegoś święta.

okładka: Wydawnictwo Media Rodzina
źródło okładki: mediarodzina.pl

poniedziałek, 4 listopada 2013

Wiersz wierszowi nierówny. – „Przygody Toma Bombadila” J.R.R. Tolkiena (1962)

    Kto by się spodziewał, że „Przygody Toma Bombadila” okażą się zbiorem wierszowanych opowiastek? Z pewnością nie Nina. Miała nadzieję na rozbudowaną historię jednej z epizodycznych postaci z „Władcy pierścieni”. Chciała móc zakwalifikować książkę do przygodowych, ale sprawa się „rypła”.  

    Z szesnastu wierszy, które znajdują się w tym zbiorze, tylko trzy traktują o Tomie Bombadilu. Warto jednak sięgnąć po tę książkę, chociaż dla samych tych trzech utworów. Ninie najbardziej podobał się pierwszy, czyli – uwaga zaskoczę Was – „Przygody Toma Bombadila”. Dwa pozostałe: „Tom Bombadil płynie w świat”, „Kamienny Troll” też są świetne. Ale właściwie należałoby wyjaśnić, na czym ta świetność polega. Głównie chodzi o to, że są zabawne, lekko napisane i w sumie bardziej kojarzą się z bajkami niż z wierszami. Czytając je Nina przypominała sobie takie utwory jak: „Lokomotywa”, „Pan Maluśkiewicz”, „Spóźniony słowik” i wiele, wiele innych.

    Z utworów niemówiących o Tomie najciekawsze okazały się: „Jak Człek z Księżyca za późno poszedł spać”, „Jak Człek z Księżyca zszedł za wcześnie”, „Perry Winkle” i „Ostatni statek”. One też bardziej przypominają bajki. Często jak człowiek słyszy słowo „wiersz”, to od razu kojarzy mu się szkolne podejście do poezji, że trzeba określić podmiot liryczny, rymy, nie rymy i oczywiście najważniejsze, co autor miał na myśli (np. uschnięty liść może być metaforą jego nieszczęśliwej miłości, kiepskiego życia, wypalenia zawodowego, ale w sumie może też być tylko uschniętym liściem). Nina ma dokładnie takie skojarzenia, kiedy myśli o poezji, dlatego nie brała na warsztat tych utworów ze zbioru, które tego by wymagały, bo 1) nie jest w tym dobra, 2) nie chciała sobie psuć przyjemności z czytania, 3) stwierdziła, że nie jest jej to do szczęścia potrzebne. Najbardziej, więc odpowiadały jej te wiersze typowo opowiastkowe.

    Już w zasadzie nie można więcej napisać, bo treści utworów nie chcemy zdradzać, by nie odebrać Wam przyjemności z czytania. Zachęcamy do lektury, jeśli chcecie wiedzieć jak Bombadil pokazuje każdemu gdzie jego miejsce, albo chcecie pobawić się podmiotami lirycznymi. Dziś jest czas krótkiego czytania dla Was i czas krótkiego pisania dla mnie, ale przecież tak krawiec kraje jak mu materii(ału) staje.

źródło okładki: goodreads.com

piątek, 1 listopada 2013

Do zakochania jeden krok. - „To nie jest kraj dla starych ludzi” w reżyserii braci Cohen (2007)

    Ta sama pustynia, to samo polowanie, te same pieniądze i narkotyki, ale wrażenia trochę inne. Nina miała nadzieję, że film jej się spodoba i że będzie lepszy od książki. Jej marzenia się spełniły. A teraz poczekajcie chwileczkę, muszę pozbierać Ninę z podłogi, bo jeszcze się nie ogarnęła, a musi mi przecież pomóc pisać. Nie mogę odwalać za nią całej roboty.

    Nie ma wielu odstępstw od książki. W zasadzie to tylko kilku rzeczy brakuje, albo raczej osób, a poza tym jest naprawdę wierny książce. W filmie brakuje kilku stróżów prawa, agenta z Wydziału Narkotykowego, dziewczyny, która podróżując autostopem, trafiła na Llewelyna i paru Meksykanów. Nieobecność tych postaci niczego nie zmienia, więc nie jest to w żadnym wypadku minus. Za plus trzeba policzyć dialogi między Bellem a jego zastępcą, które w książce mogły być niejasne, a w filmie nabierają kolorów, kiedy widzimy, że zastępca jest lekko nieogarnięty i może głupio gadać. No i właściwie to nie ma już, o czym pisać, ale Nina postara się wykrzesać z siebie jeszcze kilka zdań.

    Film jest hipnotyzujący – podsłyszane stwierdzenie – i zapada w pamięć. Jest chyba bardziej powalający od książki. Co prawda, na filmie nie mamy pokazanych zmasakrowanych ciał, tak jak było to opisane w książce, ale obraz chyba jednak bardziej uderza. Wszystko jest takie realistyczne i takie bardzo namacalne. Taka sytuacja mogłaby spotkać każdego i Ninie wydaje się, że ten film to pokazuje i przez to chyba tak bardzo wpływa na człowieka i nim wstrząsa.

    Czy interesuje Was obsada? Mam nadzieję, że tak. Aktorzy są chyba najlepiej dobrani jak tylko można. Anton Chigurh (Javier Barden) – brak słów. Pasuje idealnie. Już po pierwszym spojrzeniu ma się pewność, że mamy się do czynienia z psychopatą. On nawet nie musi nic mówić. Wystarczy, że patrzy, że jest, że wygląda jak wygląda. Nina myśli, że Oskar dla Javiera – najlepszy aktor drugoplanowy – jak najbardziej zasłużony. Tommy Lee Jones, jako szeryf Bell i Woody Harrelson, jako Carlson Wells również spisali się dobrze, ale postać Chigurha jednak je przyćmiewa. Ale to dobrze, bo on jest w pewnym sensie najważniejszy w tej historii. Do Josha Brolina, który wcielił się w Llewelyna Mossa Nina ma jedno, ale: „powinien być młodszy, ale poza tym jest spoko”.  

    Sceny, które najbardziej utrwalają się w głowie, to te z udziałem Chigurha. Pierwsza scena z filmu jest straszna, a jednocześnie niesamowita i Nina już wiedziała, że ten film będzie dobry, że warto go oglądać, że będą nerwy pomimo tego, że zna się całą treść. Kolejna scena, która jakoś utkwiła w głowie dziewczyny: stacja benzynowa, Chigurh i mężczyzna za ladą. Majstersztyk! Wszystko odbywało się tak, jak sobie wyobrażała, czytając książkę tylko było jeszcze lepsze. Tak realne, że stwierdziła, że bałaby się pracować na stacji benzynowej na odludziu. Siedziała na sofie, zaciskała pięści, przygryzała górną wargę i z niecierpliwością oczekiwała finału, choć doskonale wiedziała jak to się skończy. Po prostu emocje sięgają zenitu.

    Film w swojej prostocie jest chyba doskonały albo prawie doskonały. Kto widział ten rozumie, kto nie widział niech obejrzy, a kto widział i nie rozumie niech zobaczy jeszcze raz. Zdecydowanie polecamy.

P.S. Nina chyba zakochała się w tym filmie podczas pisania tego tekstu.

O książce przeczytasz tutaj.

źródło okładki: filmweb.pl

wtorek, 29 października 2013

Pieniądze szczęścia nie dają? - „To nie jest kraj dla starych ludzi” Cormaca McCarthy’ego (2005)

    Nina zdecydowała, że wybierze się na wycieczkę zagraniczną. Jest stosunkowo młoda, więc nie było problemu z wpuszczeniem jej do tego kraju. Czekała tam na nią zupełnie inna przygoda niż się spodziewała. Udała się na pustynię, żeby polować z Llewelynem Mossem na antylopy (była temu przeciwna – biedne stworzenia), ale prócz zwierzaczków znaleźli jeszcze furę heroiny, ponad dwa miliony dolców i kilku nieżywych Meksykanów. Kasę zabrali. I to był błąd. Trzeba było zabrać też narkotyki.

    Książka od samego początku jest bardzo wciągająca. Przy pierwszym odczycie dziewczyna chciała tylko zerknąć na pierwsze 5 stron, a zatrzymała się dopiero jakoś na 40. To już dobrze zapowiadało lekturę. Szkoda tylko, że im dalej w treść tym mniej pasjonująca się stawała. Może nawet ciut przewidywalna? Dialogi – zwłaszcza między stróżami prawa – fatalne. A pomysł, żeby zostawić czytelnika samego z domyślaniem się, kto co powiedział jest jeszcze gorszy. Nie ma nic okropniejszego, kiedy człowiek musi cofnąć się do początku rozmowy i linijka po linijce analizować, kto jest autorem danego zdania. No nie pykło.   

    Powieść bywa momentami brutalna, nie jest, więc przeznaczona dla każdego. Jest też smutna, a czasem nawet lekko dla Niny straszna, bo psychopatyczny Anton Chigurh bardzo przypominał jej potwora z „Desperacji” Stephena Kinga, który nazywał się bodajże Tak. W książce znajdują się również fragmenty bardziej filozoficzne, ale one nie za bardzo do niej przemawiały. Nie żeby Nina była osobą bezrefleksyjną, ale nie zawsze cudze refleksje docierają do drugiego człowieka, nawet, jeśli są dobre i słuszne. 

    Krajobraz pustynny to jest to, co się jej podobało. Lubi od czasu do czasu znaleźć się w takim klimacie. Nie chciałaby oczywiście tam mieszkać, ale w książce to jej odpowiada. Cieszy ją, że akcja rozgrywa się w nieznanych jej miejscowościach, bo przecież nie wszystko musi się dziać w Nowym Yorku czy innym wielkim mieście. Podobno małe jest piękne.
Nina odnalazła nawet swoje ulubione słowo z tej książki. Czasem tak jest, że jakieś słowo lub fraza przypadnie człowiekowi do gustu i już sama jego obecność na stronie cieszy. Oczywiście może też być odwrotnie. Słowem Niny z „To nie jest kraj dla starych ludzi” jest: obrzynek (karabin lub strzelba z uciętą lufą). Mam tylko nadzieję, że nie świadczy to o jej ciemnych zamiarach i pragnieniach.

    Książka jest i dobra, i kiepska. Chyba wychodzi na to, że jest średnia. Warto po nią sięgnąć, jeśli chce się czegoś nauczyć. Pokazuje ona, bowiem, że nie warto być zachłannym, bo nasze życie może zamienić się w piekło. Nina nie chciałaby przechodzić takiego koszmaru, jakiego zakosztował Moss uciekając przed Chigurhem. Ja zresztą też nie i nie życzę tego nikomu.

O filmie przeczytasz tutaj.

okładka: Prószyński i S-ka
źródło okładki: lubimyczytac.pl

poniedziałek, 21 października 2013

Świat według kobiet. – „Małe kobietki” część 1 – Louisa May Alcott (1868)

    W zeszłym tygodniu spełniło się kolejne czytelnicze marzenie Niny (no może nie do końca, bo to dopiero tom pierwszy z dwóch). W końcu zdecydowała się zabrać za „Małe kobietki” i je przeczytała. Było to bardzo pozytywne doświadczenie, ponieważ książka jest zabawna i pouczająca.

    Przede wszystkim mówi się o niej, że jest książką dla dziewcząt, ale to nie znaczy, że dorosłe kobiety nie mogą jej przeczytać. Oczywiście mogą i pewnie w większości przypadków będą one zadowolone z lektury. Jeśli chodzi o chłopców lub mężczyzn, to oni również mają prawo zapoznać się z małymi amerykańskimi kobietkami. Nina nie lubi rozgraniczeń na książki chłopięce i te dla dziewcząt. Uważa, że każdy może czytać to, co mu się podoba i nie powinien obawiać się reakcji innych ludzi, gdy powie, że przeczytał coś z gatunku przeznaczonego dla płci przeciwnej. Trzeba jednak przyznać, że dziewczynom pewnie łatwiej czytać książki przygodowe niż chłopcom romanse.

    „Małe kobietki” romansem nie są. To książka opisująca życie matki i jej czterech córek, podczas gdy ojciec znajduje się poza domem (bierze udział w wojnie secesyjnej). Dowiadujemy się sporo o ich życiu codziennym, o obowiązkach i zabawach. Każda z dziewcząt ma swoje ulubione zajęcie, i tak Jo jest pisarką – amatorką, Beth pięknie gra na pianinie, Amy kocha rysować i rzeźbić figurki. Postacie bohaterek są bardzo dobrze nakreślone przez autorkę. Każda jest inna, ale razem się uzupełniają. Są jakby jednym organizmem i jak jedna z dziewcząt niedomaga, to reszta też jakby radzi sobie trochę gorzej.

    Jest to powieść o relacjach i więziach w rodzinie. O tym jak ważna jest wzajemna miłość i szacunek. O tym, że w życiu występują wzloty i upadki. O tym, że jak jest ciężko, to trzeba się wspierać, a jak przychodzą dobre chwile, to należy się razem radować. Nina czytając tę książkę, wspominała swoje dzieciństwo i jej relacje z rodzeństwem, i widziała podobieństwa w ich zachowaniu i zachowaniu dziewcząt spod pióra L.M. Alcott.

    Wielu ludzi uważa tę powieść za moralizatorską. Nawet, jeśli taka jest, to Ninie to nie przeszkadza. Dla niej książka zawiera raczej dobre rady, które po upływie tylu lat nadal są aktualne, a nie morały. Warto się jednak zastanowić czy czasem morał nie jest lepszy od banału, czy innej niedorzeczności.

    „Małe kobietki” nie są może arcydziełem literatury, jednak jest w nich coś takiego, że przyciąga do siebie wielu czytelników nawet po tych 145 latach. Trudno powiedzieć, co to dokładnie jest. Może chodzi o dobry styl autorki, może o chwytliwą historię, a może o ciepło rodzinne, którego każdy chyba pragnie, a które zostało w tej powieści przedstawione. Chyba będziecie musieli sami się przekonać, jeśli jesteście ciekawi, bo według Niny tych powodów jest wiele i każdego może ciągnąć coś innego. Jedno jest pewne, jest to wartościowa pozycja, ale chyba rzeczywiście bardziej dla płci pięknej, bo jakiego faceta będą interesowały losy dziewiętnastowiecznych kobietek.

UWAGA!
„Małe kobietki” mogą silnie oddziaływać na emocje. Raz możecie się śmiać, a za chwilę możecie być tak zdenerwowani, że będziecie chcieli skrócić nauczyciela Amy o głowę – Nina miała taką ochotę, gdy czytała historię dziewczynki i jej cytrynek.

okładka: Wydawnictwo MG
źródło okładki: wydawnictwomg.pl

poniedziałek, 14 października 2013

Pewnego razu w Bangkoku. – „Karaluchy” Jo Nesbø (1998)

    Powiada się, że z braku laku i kit dobry. „Karaluchy” nie są jednak kitem, ale całkiem przyzwoitym kryminałem, co po zeszłotygodniowym doświadczeniu cieszy Ninę, chociaż tytuł zachęcający nie jest.

    Autor zabiera czytelnika do Tajlandii, gdzie główny bohater ma przeprowadzić śledztwo w sprawie śmierci norweskiego ambasadora. Zwłoki dyplomaty odnajduje prostytutka w motelu o bardzo wdzięcznej, dźwięcznej i pasującej do stolicy sexturystyki nazwie: Olympussy (czyżby była to zbitka wyrazów: Olymp + pussy?). Już po tej jednej informacji można się chyba domyślić, że w książce będziemy świadkami zmagań z brudnymi, czasem aż zbyt brudnymi, i wstydliwymi problemami bohaterów.

    Kim jest główny bohater? To Harry Hole norweski detektyw. Został wybrany do tego śledztwa, ponieważ cieszy się on popularnością po udanej akcji w Australii. Można się do niego przywiązać, można go polubić, ale chyba najlepszym przyjacielem Niny nie zostanie, bo to miejsce nadal należy do Herculesa Poirot (oczywiście mowa tylko o tym gatunku). Dlaczego Harry nie jest lepszy? Bo jest przewidywalny i raczej stereotypowy. Wysoki, szczupły, barczysty, o niebieskich oczach, z dużym pociągiem do pana o imieniu Jim Beam. Brzmi jak opis większości filmowych policjantów.

    Powieść jest napisana dobrze, łatwo się ją czyta, przyjemnie i jest się ciekawym, co będzie dalej. Nie czyta się jej tylko po to, żeby ją przeczytać, skończyć jak najszybciej. Potrafi ona zainteresować i wciągnąć, więc poznaje się dalsze losy bohaterów z chęcią. Jest tak skonstruowana, że w sumie na 100% wiemy, kto zabił ambasadora, dlaczego i jakie towarzyszyły temu okoliczności dopiero, kiedy autor chce nam to przedstawić. Co prawda Nina domyślała się, kto za wszystkim stoi, ale dała się wyrolować. Co może denerwować, to to, że nie wszystko jest dopowiedziane. Nie każda scena jest skończona – takie dziewczyna miała wrażenie. Ale z drugiej strony może to i dobrze, bo czytelnik ma pole do popisu w wyobrażeniu sobie dalszej części. W książce występuje wielu bohaterów pobocznych i trudno ich wszystkich spamiętać, a co dopiero zakodować, kto jest kim, czym się zajmuje, jakie ma powiązania. Trzeba by chyba spisywać każdą postać, żeby to ogarnąć.

    Jeżeli ktoś liczy, że cała sprawa dotyczy tylko jednego nieboszczyka, to się przeliczy. Jeżeli ktoś ma nadzieję, że pojawi się więcej niż jeden trup, to niech te nadzieje go nie opuszczają, albowiem trzeba będzie jeszcze parę osób zbierać z podłogi. Inaczej mówiąc trup śle się gęsto.

    Nina myślała, że tytułowe karaluchy będą odgrywały większą rolę w powieści, ale widać nie zasłużyły sobie. Może autor za nimi nie przepada. Karaluchy mają tylko znaczenie metaforyczne. W książce jest mowa o tym, że na jednego karalucha, którego zauważymy przypada dziesięć, których nie zobaczymy. I tym optymistycznym akcentem Nina pragnie polecić „Karaluchy” fanom czytania, jako dobrą rozrywkę, zwłaszcza na zimne dni, żeby móc rozgrzać się w palącym słońcu Bangkoku.   

okładka: Wydawnictwo Dolnośląskie

piątek, 11 października 2013

Krokodyle łzy. - „Lektor” w reżyserii Stephena Daldry (2008)

    Po przeczytaniu książki, ale jeszcze przed obejrzeniem filmu Nina pomyślała sobie: „Jak ktoś wpadł na pomysł, żeby to sfilmować”? Właściwie nie ma się, co dziwić. Książka jest bestsellerem i wielu ludzi jest nią zachwyconych.

    Film jest raczej zgodny z książką, więc nie będziemy dziś rozwodzić się nad podobieństwami i różnicami. Okazało się nawet, że jest jakby ciut lepszy od powieści - szok!, ale nadal nie ma się czym zachwycać. Na czym polega ta lepszość, to trudno stwierdzić. Może na tym, że tu marnujemy tylko dwie godziny, a czytając książkę kilka dni? Jest nudny, dłuży się, jedynie Kate Winslet (Hanna) z jej talentem i umiejętnościami go ratuje, bo Ralph Fiennes (Michael) nie podołał, ale z takim bohaterem to miał trudną robotę.  

    Najśmieszniejsza scena rozgrywa się w pierwszej części filmu, kiedy Michael miał 15 lat. Chłopak wnosi Hannie wiadra z węglem do mieszkania, ma umazaną, czarną twarz i ręce, więc kobieta stwierdza, że on musi się wykąpać (Nina też się kąpie jak ma brudną twarz, a Wy?) i od tego zaczyna się romansik tej dwójki. Ta część historii, czyli „miłość” Hanny i Michaela, jest równie niesmaczna jak w książce. Jak Nina jeszcze raz usłyszy od kogoś, że jest to piękna, epicka miłość, to rozważy ona pochlastanie się, bo miłości według niej tam nie ma. Jest fascynacja i sex.  Wszystko mogłoby zaczynać się od części drugiej, jak chłopak jest na studiach.

    W różnych opiniach Nina czytała, że ludzie nie mogli powstrzymać łez. Jej ten film tak nie doświadczył, ale ma nadzieję, że ci, którzy płakali robili to na scenach z procesu, że płakali nad tragiczną śmiercią wielu Żydów. Jeśli nie, to dziewczyna nie wie skąd te słone krople wzięły się w ich oczach.

    W filmowym „Lektorze” został chyba wykorzystany limit na goliznę dla wszystkich filmów z całej epoki (no dobrze Nina nie wlicza w to klasycznych bezkostiumowców), tak samo jak w powieści ten sam limit autor osiągnął zwrotem: kochaliśmy się. „Cóż za głębia” – powiedziała do siebie z ironią i już nie dziwiła się, dlaczego w jej głowie gości wszechobecna pustka, kiedy myśli o tym filmie.


    „Lektor” Ninie nie podobał się pod żadną postacią. Być może jest zbyt przyziemna (głupia?), żeby dostrzec i zrozumieć piękno tego filmu i książki, jeśli takowe gdzieś się schowało. Gdyby ktoś z czytelników był zainteresowany lub zaintrygowany tym tytułem, to Nina zdecydowanie doradza skupienie się na filmie. Stracicie mniej czasu.
A teraz już kończymy. Wybaczcie, że o te kilka zdań szybciej, ale w głowie Niny od pewnego czasu krąży jeden cytat: „Kończ…waść! wstydu…oszczędź!”. I jak tu nie poddać się takiej sugestii?


O książce przeczytasz tutaj.

źródło zdjęcia: filmweb.pl

poniedziałek, 7 października 2013

Możliwa kozetka u psychoanalityka? – „Lektor” Bernhard Schlink (1995)

    Potrzebny był romans, żeby zachować kolejność gatunkową postów. Padło, więc na „Lektora”. Nie czytając recenzji, opinii czy streszczeń, żeby nie wiedzieć, czego się spodziewać, Nina zabrała się za książkę. Szału jednak nie było.

    Przede wszystkim powieść nie przedstawia pożądanego romansu. Dla Niny schadzki piętnastoletniego chłopaka i trzydziestosześciolatki są bardziej obrzydliwe niźli piękne. Co w ogóle Hanna, pani po trzydziestce, może widzieć w takim chłopczyku? Co ją w nim pociąga? Jeśli dorosła kobieta interesuje się nastolatkiem, to coś jest z nią chyba nie tak. Tak przynajmniej widzi to Nina. Powszechnie znane jest zjawisko odwrotne, czyli młodzi chłopcy interesujący się dojrzałymi kobietami. Z reguły na zainteresowaniu się kończy, a tutaj mamy regularny „romans” pomiędzy bohaterami. Dobrze, że w Niemczech (tam rozgrywa się cała akcja) wiek przyzwolenia na czynności seksualne wynosi 14 lat, bo inaczej można byłoby doszukiwać się w książce pochwały dla zachowań niezgodnych z prawem.

    „Lektor” to kolejna powieść, w której główny bohater irytuje czytelnika. Nina nie utożsamia się z nim, nie ma sympatii do niego, a o zaprzyjaźnianiu się to Michael, bohater, może tylko pomarzyć. Tak jak w pierwszej części książki można chłopaka zrozumieć, tak w drugiej i trzeciej, kiedy jest straszy, zaczyna stawać się postacią o niezrozumiałych rozterkach. Nie wiadomo czy czuje się oszukany przez Hannę, że nie opowiedziała mu o swoich działaniach podczas II wojny światowej, czy jest mu może wstyd, że pokochał kogoś takiego jak ona, kogoś z taką przeszłością. W tym momencie drogi czytelniku powinieneś się chyba dowiedzieć, że akcja powieści rozpoczyna się w 1958 roku. Hanna miała 17 lat, kiedy wojna się rozpoczęła i podczas swojego trwania wzbogaciła kobietę o kilka mało chwalebnych czynów.

    Jedyną mądrą rzeczą (jaką Nina zapamiętała) jest stwierdzenie bohatera, że rodzice nie powinni mieć prawa do odebrania dziecku poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji, a tak dzieje się niestety podczas rozwodów. Michael uważa, że tak być nie może, ale jednak z żoną się rozwodzi.

    Po przeczytaniu książki Nina postanowiła sprawdzić, jakie krążą o niej opinie. Najpierw pojawiły się same pochlebne, zachwalające, w których autorzy rozpływali się nad powieścią. Na szczęście znalazły się też opinie negatywne, bo dziewczyna zaczynała już myśleć o sobie jak o dziwaczce, która jako jedyna nie uważa książki za piękną, wzruszającą i pouczającą. Powoli chciała już nawet umawiać się na wizytę u terapeuty, bo to może z nią jest coś nie tak, a nie z bohaterami. A może to tylko nazwisko autora, kojarzące się z angielskim shrink (psychiatra, psychoanalityk), nakierowało ją na takie tory myślenia?

    Podsumujmy krótko, bo co tu dużo mówić. Pomimo tego, że czyta się dosyć łatwo i szybko, to „Lektor” nie wciąga. Dużo słów a mało treści. Jeśli miał być to epicki romans to nie wyszło. Jeśli miała być to książka historyczna, to też raczej nie wyszło. Czy jest to lepsza historia od „Zmierzchu”? To już musisz sam ocenić czytelniku, jeśli jesteś ciekawy.  

okładka: Wydawnictwo Muza
źródło okładki: muza.com

piątek, 4 października 2013

Wszędzie te układy. - „Trzej muszkieterowie” w reżyserii Paula W.S. Andersona (2011)

    Kilka dni temu Nina nawet nie wiedziała, że powstała nowa wersja filmu o muszkieterach. Można powiedzieć, że ucieszyła się z faktu, że nie musi sięgać po jakąś staroć. Teraz uważa jednak, że lepiej byłoby gdyby tej wiedzy nigdy nie zdobyła i nie musiałaby tej wersji oglądać.

    Od czego zacząć? Mówi się, że najlepiej zaczynać od początku, ale początek zalicza się do rzeczy, które nie przypadły Ninie do gustu. Zacznijmy, więc od tego, co się jej spodobało, żeby zacząć dobrze. Nie ma tego dużo także … także tego. Ciekawe były wstawki a’la rysunkowe, które przedstawiały postacie. Później na tej liście można znaleźć konie, które niestety występowały w zbyt małej liczbie, a na koniec mała perełeczka, król Ludwik XIII. Jest to najlepsza rola męska, żeńska i nijaka w całym filmie. Brawa dla aktora – Freddiego Foxa.

    Przyszedł wreszcie czas na rozpisywanie się i narzekanie na wszystko, co było złe, kiepskie czy słabe. Po pierwsze, ten film wygląda jakby chciał mieć styl i dowcip wzięty prosto z „Piratów z Karaibów”, ale go nie ma. On nie śmieszy. Wprowadził tylko Ninę w zażenowanie. To mu się udało trzeba przyznać. Po drugie, ma tyle wspólnego z powieścią, co Nina z byciem maniakiem samochodowym, czyli prawie nic. Nie znajdziecie w tym filmie dobrego odwzorowania książki. To jest jakby nowy twór tylko, że z takimi samymi bohaterami i tłem historycznym, a to trochę mało nie sądzicie? Po trzecie, wspomniany już sam początek. Atos (Matthew Macfadyen), Portos (Ray Stevenson), Aramis (Luke Evans) we współpracy z Milady! (Mila Jovovich) próbują włamać się do skarbca, w którym przechowywane są plany wynalazków Leonarda da Vinci. Takiej współpracy nie było, o skarbcu i wynalazkach nawet nie wspominajmy. Tak, ten początek zupełnie jak z filmu o Jacku Sparrowie. Kolejnym mankamentem są efekty specjalne. Ogólnie, jako efekty są pewnie dobre, Nina się nie zna, ale one nie pasują do „Trzech muszkieterów” Dumas. A efekty spowalniające (slow motion), to już naprawdę zakrawają o pomstę do nieba. Wszystko to jest zbyteczne.

    Nina chciałaby pochylić się na dłużej nad postacią Milady. Z powieści dowiadujemy się, że owa dama, kiedyś była związana z Atosem, ale to było zanim został on muszkieterem, więc Portos i Aramis jej nie znali, a w filmie proszę! Znają się doskonale. Cóż za brednie. Rzeczą zupełnie nie do wyobrażenia jest scena, gdzie Milady walczy ze szpadą w dłoni z bodajże czwórką przeciwników. Ahahaha! Nawet, jeśli walczyłaby z jednym gwardzistą, to już byłaby przesada i to gruba. Milady wykonująca jakieś przedziwne akrobacje: tu podskoczy, tu wygnie się jak Keanu Reeves w „Matrixie”, tu opuści się na linie niczym Tom Cruise w „Mission Impossible”. Szał. Zastanawiające jest, dlaczego coś takiego zostało dodane. Czy twórcy stwierdzili, że skoro Mila ma już doświadczenie z poprzednich filmów („Szósty element”, „Resident Evil”) to może warto to wykorzystać? Skąd w ogóle pomysł, żeby to pani Jovovich grała Milady? Mała zagadka została wyjaśniona. Okazało się, że aktorka jest żoną reżysera filmu. Takie zjawisko ma nawet swoją nazwę - nepotyzm. Zapytacie pewnie skąd taki atak na tę aktorkę ze strony Niny. No cóż, Nina po prostu uważa, że ona nie pasuje do tej roli.

    Często jest tak, że film nie oddaje w pełni książki, ale sam w sobie jest dobry. W tym wypadku tak nie jest. Jest słaby jak piwo typu radler, albo jak Niny bicepsy. Zakończmy dzisiejsze rozważania słowami Koheleta: „marność nad marnościami i wszystko marność”.

O książce przeczytasz tutaj. 

plakat: Monolith Films
źródło plakatu: filmweb.pl

poniedziałek, 30 września 2013

Raz, a dobrze. - „Trzej muszkieterowie” Aleksandra Dumas (1844)

    Wiele lat temu Aleksander Dumas oczarował Ninę „Hrabią Monte Christo” i „Czarnym tulipanem”. Pomyślała, więc: "Czemu nie miałabym przeczytać jego chyba najbardziej znanej powieści"? Nie dostrzegła żadnych przeciwwskazań i czym prędzej pobiegła po jeden egzemplarz.

    Pierwszą rzeczą, która zaczęła dziewczynę zastanawiać podczas czytania był tytuł. Dlaczego właściwie nie jest on związany z głównym bohaterem, czyli z d’Artagnanem? Tytułowi muszkieterowie, z pewnością każdemu znani, Atos, Portos i Aramis w „główności” bohaterów są za młodym d’Artagnanem, ale to od nich zaczyna się rozmyślania o treści po przeczytaniu samego tytułu.

    Zapoznając się z treścią „Trzech muszkieterów” rozpoczynamy ciekawą, pełną przygód i wcale nie krótką przygodę w towarzystwie dzielnych, mężnych, szalonych, wesołych i wplątujących się w kłopoty czterech mężczyzn. No dobrze, najpierw wędrujemy tylko z Gaskończykiem d’Artagnanem, który pragnie zasilić szeregi muszkieterów królewskich. Udaje się, więc do Paryża gdzie ma spotkać się z panem de Treville, kapitanem muszkieterów. Po drodze zatrzymuje się w pewnej oberży, w której znajduje się tajemniczy jegomość naśmiewający się z konia młodego bohatera. D’Artagnan pouczony przed wyjazdem przez ojca, żeby stawał do walki z każdym, który go obrazi nie czekał ani chwili. Niestety ta potyczka nie zakończyła się po jego myśli. Od tej pory młodzieniec szuka zemsty na tajemniczym człowieku z blizną. Dociera w końcu do Paryża gdzie w dość nietypowy sposób zaprzyjaźnia się ze wspomnianymi już muszkieterami, Atosem, Portosem i Aramisem. Dopiero wtedy rozpoczynają się prawdziwe przygody bohaterów. Czasem można się pogubić w licznych ich poczynaniach i można nie spamiętać wszystkich pomniejszych epizodów, ale główne wątki raczej nie powinny nikomu zniknąć z oczu.

    Aleksander Dumas potrafi przybliżyć czytelnikowi historię XVII wiecznej Francji. Tło historyczne powieści jest jak najbardziej autentyczne. Francją rządził Ludwik XIII, jego żoną była Anna Austriaczka. Książę Buckingham podobno naprawdę zakochany był w królowej francuskiej. Kardynała Richelieu nie trzeba chyba przedstawiać. Nina nie uważa siebie za osobę kompetentną, aby opisywać dokładniej owe tło historyczne, więc pozostanie przy tej krótkiej notatce.

    Książka jest zdecydowanie godna tego czasu, który Nina poświęciła na jej przeczytanie. Nie dość, że jest dobrą rozrywką, to jeszcze zachęciła ją do zgłębienia wiedzy historycznej, nie tylko Francji. Owszem jest to niezła grubaska, ale czytając same cienkie książki możemy pozbawić się wielu wrażeń, emocji a nawet wspomnień.

    Na koniec krótka refleksja. Najbardziej znany cytat: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” pojawia się w książce tylko raz, ale z jak dobrym skutkiem. Dewizę muszkieterów zna chyba cały świat. Czy to znaczy, że żeby dotrzeć do czytelników z jakimś przesłaniem nie trzeba go pakować w każdym akapicie? 

okładka: Wydawnictwo Zielona Sowa
źródło okładki: lubimyczytac.pl